PS Kocham Cię
22 luty 2008, piątek autor Tum
Walentynki obrodziły w tym roku obficie - przynajmniej jeśli chodzi o premiery kinowe. Zaczęło się dość wcześnie, bo już 18 stycznia. Wtedy na ekrany weszła produkcja Disneya “Zaczarowana”. Sympatyczna opowieść o łamiącej stereotyp bezmózgiej księżniczki, oparta na ciekawym pomyśle połączenia dwóch światów: bajkowego i realnego. Akcja rozgrywa się w Nowym Yorku, filmowego amanta gra Patrick Dempsey (znany w Polsce głównie z serialu “Chirurdzy”), księżniczka Giselle (grana przez Amy Adams, nominowaną za tę rolę do Złotego Globu) ma suknie ślubną wielkości M1, fabuła jest lekka, łatwa i przyjemna, a całość tworzy potrawę całkiem smaczną. Nie mamy może do czynienia z smażonym na złoto łososiem, ale do najlepszej na świecie bitej śmietany z Białegostoku spokojnie można ten film porównać. Może i jest przewidywalny, ale nawet jego nieskomplikowana fabuła zapewnia 107 minut dobrej rozrywki, po której widz nie czuje zażenowania i z uśmiecham na ustach wychodzi z sali.
Kolejnym filmem, który - obserwując kolejki do kas biletowych - stał się walentynkowym przebojem, jest polska produkcja “Lejdis”. Przyznam się, że nie byłam zachwycona pomysłem nakręcenia babskiej wersji “Testosteronu”. Jakoś trudno było mi sobie wyobrazić 5 kobiet siedzących przy winie i narzekających na facetów. Zwiastun tylko potwierdził moje obawy. Aż tutaj nagle niespodzianka. Poszłam do kina i przez dwie godziny oglądałam bardzo interesujący obraz współczesnej kobiety. Oczywiście, dla większości widzów jest to przede wszystkim kopalnia dobrych dowcipów (mój ulubiony dotyczy Maseraka), dobra gra aktorska (zapewne nie bez znaczenia jest to, że w końcu kobiety miały co zagrać, a ich obecność na ekranie nie ograniczała się do falowania biustem, odrywania roli materaca, noszenia markowych ciuchów i przegryzania marchewki w międzyczasie). Dla mnie to udana żonglerka stereotypami, a także dowód na to, że nie wszystkie filmowe niewiasty muszą cierpieć na syndrom Magdy M. (i mieć dylematy typu: wybaczyć Piotrowi jutro czy w przyszłym tygodniu). Chociaż przyznam się szczerze, że jeśli bohaterki “Mody na sukces” nosiłyby ubrania Korby, jednej z bohaterek, byłabym skłonna uznać, że serial ten zasługuje na Oscara
Ostatnim filmem z fali walentynkowej, który zobaczyłam, było “PS Kocham Cię”. I tak sobie myślę, że można ten obraz porównać do najsmaczniejszej potrawy, jakiej miałam okazję spróbować w tym roku, czyli do potrawki tureckiej zrobionej przez tatę Huma. Niby składniki wszystkim dobrze znane - miłość, dobry humor, znani aktorzy (Hilary Swank, Dean Winters, Lisa Kudrow, Kathy Bates), przyjemna muzyka, ciekawa historia - ale sposób połączenia tych elementów, sprawia, że mamy wrażenie obcowania z dziełem sztuki. Okazuje, że sekret tkwi w ogórkach kiszonych, a dokładnie w proporcjach. Można by nakręcić strasznie smutny film o żałobie, o utraconej miłości, w którym wdowa z rozpaczy zamyka się w domu i tylko wspomnienia trzymają ją przy życiu. Gdyby dodać do tego wątek o uzależnieniu od alkoholu i narkotyków, to film zapewne dostałby wszystkie możliwe nagrody na polskich festiwalach i zyskał status arcydzieła. Film Richarda LaGravenese jest wyjątkowy właśnie dlatego, że temat żałoby potraktowany jest naturalnie. Oczywiste jest to, że każda śmierć jest tragedią, że trudno ułożyć sobie życie na nowo, ale żałoba kiedyś się kończy. I to jest właśnie film o pożegnaniu, które jest początkiem nowego życia. Strasznie banalnie to zabrzmiało, ale (na całe szczęście) to nie ja pisałam scenariusz tego filmu i jest on wolny od nieznośnego moralizatorstwa, banałów i taniego romantyzmu. A jego największą siłą jest fakt, że każdy widz odbierze go na swój sposób. Ja płakałam chyba z 5 razy. Kto da więcej?
I na tym kończy się mój przegląd walentynkowego kina. Już niedługo nowy film z Johnnym Deppem - mam nadzieję, że już od niedzieli laureatem Oscara. Póki co, wracam zaś do świata baroku.
kusicie i kusicie… pójdę na to “PS. Kocham Cię” na pewno
Ja polecam też “To nie jest kraj dla starych ludzi”. A na Golibrodę - Deppa, wybiorę się z całą pewnością
Toż to przecież kolejny film Burtona. Jak mogłabym przegapić 