Jest kilka rzeczy, których nie wypada robić w towarzystwie czy w restauracji. Puszczanie bąków, bekanie, rozsiewanie przykrych zapachów z powodu nieumycia ciała bądź zębów… i wiele innych oczywiście. Wypada jednak palić, chociaż skutek tego, pomijając zdrowotny, jest mniej więcej taki, jak gdyby palacz wypiął na drugiego człowieka (i wszystkich dookoła jednocześnie) zadek i, za przeproszeniem, pierdział im przez dziesięć minut prosto w nos. Mało tego, by symulować skutki palenia w towarzystwie, należałoby też zebrać od zgromadzonych ubrania, usiąść na nich i pierdzieć w nie przez następnych minut kilkanaście czy kilkadziesiąt. Byłoby to tak wielkie chamstwo, że trudno sobie w ogóle wyobrazić tak absurdalną sytuację. Gdy przychodzi jednak do palenia, okazuje się, że dym papierosowy śmierdzi chyba jakoś inaczej. Jego smród jest w tajemniczy sposób uprzywilejowany, nie przynosi wstydu i towarzyskiego ostracyzmu. Szkoda.
Powyższe nie jest oczywiście niczym odkrywczym. Jeśli jednak zapalisz w moim towarzystwie, to możesz się domyślać, co o tym (nie mylić z “o Tobie”) myślę.
Niestety jest an to przyzwolenei społeczne. Gdy sam podnosę ten apel, oskarża się mnie o brak tolerancji. Oto skutek tzw norm społecznych.
Bo tolerancja (tfu, jak nie lubię wieloznaczności tego wyrazu) dotyczyć ma jedynie palaczy i wszystko wtedy jest jasne. Jasne?
Palenie w miejscach publicznych powinno być zakazane w Polsce już danwo, tak jak w cywilizowanych krajach. To co robi (a właściwie chce zrobić) PO (zakaz palenia w samochodach itd.) to przerost formy nad treścią, bo według mnie jak ktoś ma ochotę truć się we własnym prywatnym mieszkaniu, samochodzie, etc. to droga wolna – proszę bardzo. Ale nie lubię, jak na ulicy dmucha mi ktoś tym świnstwem prosto w twarz…Zabijam za takie rzeczy :] Ale żyjemy w Polsce… Zakaz palenia na przystankach MPK w Poznaniu wszyscy mają w 4 literach, bo nie widziałem jeszcze żeby ktoś za palenie tam dostał chociaż upomnienie (nie mówiąc o mandacie).