Mówiąc krótko: ważniejsze niż to, co inteligent czyta (ogląda, słucha itd.), jest świadomość, z jaką to robi. Gdyby mojej “starej” przyszło do głowy poklaskać u Rubika (na szczęście nie miewa takich pomysłów
), nie uznałbym jej za idiotkę – ona doskonale wie, że to nie jest Haendel, a po koncercie wróciłaby do słuchania swoich (przepięknych!) rosyjskich romansów. Jeśli mam czasem ochotę na humor w typie American Pie, to nie znaczy, że zapominam o liryzmie, subtelności i niepowtarzalnym uroku Kabaretu Starszych Panów, których uwielbiam. Nie to odróżnia prawdziwego smakosza od krowy, że nie trawi celulozy, lecz to, że odróżnia trawę od szpinaku.
Rzecz jasna można kultury masowej po prostu nie lubić i dlatego jej unikać, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że daleko częściej spotyka się pozę, która każe odrzucić wszystko, co nie jest “klasyczne” i “wysokie”. Do niczego nie trzeba się zmuszać, trudno jednak nie zauważyć, że kultura masowa i wysoka przenikają się nawzajem i trudno w pełni czerpać z jednej, nie mając pojęcia o drugiej. Jeśli inteligent już coś powinien (i jeśli ja mogę się na temat powinności inteligenta wypowiadać), to orientować się w rzeczywistości, która go otacza i starać się ją rozumieć, a nie odgradzać się od niej szczelnym murem. Diabeł zaś tkwi… w proporcjach.
PS Nie zgadzam się tylko z często powtarzanym sloganem, że wszystko trzeba przeczytać, przesłuchać i obejrzeć od początku do końca, by móc stwierdzić, że jest to kiepskie. Tak jakby ocenianie Harlequina po okładce było wielką głupotą.
Podobne myślenie nas dopadło. Mnie co prawda, po pewnej rozmowie.
Zalatuje mi tu snobizmem. :p
Pozostaje mi się tylko zgodzić z zawartą tu treścią. Dzięki naszej świadomości wytwarza się dystans, który umożliwia nam ocenę danego zjawiska, rzeczy. Nic dodać, nic ująć.