Kanały:
Wpisy
Komentarze

Bollywoodzkie LOL

Ola postanowiła zabrać mnie do kina na bollywoodzki film, w którym główną rolę grał największy amant indyjskiego kina, Shahrukh Khan. Była nas piątka: trzy ekspertki od Bolly, przyjaciółka Oli, która postanowiła sprawdzić, czy “Szaruk” faktycznie jest brzydki, ale bardzo męski i ja, który widziałem wcześniej bodaj dwa hity znad Oceanu Indyjskiego. Przed projekcją ogłoszono konkurs wiedzy o Bollywood. Spośród widzów, którzy szczelnie wypełnili dużą salę w poznańskim multikinie, wylosowanych miało zostać troje szczęśliwców, którzy po udzieleniu odpowiedzi na proste pytanie otrzymać mieli nagrodę-niespodziankę.

Jak to zwykle bywa, żartowaliśmy sobie, że byłoby śmiesznie, gdyby wylosowano mnie (jednego z nielicznych facetów na sali, mającego bardzo blade pojęcie o tematyce konkursu) albo wspomnianą przyjaciółkę Oli, która wiedziała jedynie, że główną rolę gra Shahrukh Khan. Kiedy prowadząca konkurs wylosowała miejsce Q23, nie od razu dotarło do mnie, że dowcip słowem się stał i los sprawił, że stanąłem przed szansą zdobycia nagrody… bądź też skompromitowania się przed kinową publicznością. Nie myśląc wiele pobiegłem w dół pod ekran.

Pierwsza z uczestniczek konkursu pytanie otrzymała banalne (też zamierzałem wybrać szóstkę!), drugie, choć kulinarne, byłoby dla mnie nie do odgadnięcia. Mnie zapytano o miasto stanowiące główny ośrodek produkcji filmów w Indiach. Myślałem już, że jestem ugotowany (choć pytanie nie było nadzwyczaj trudne i można było skojarzyć słowo “Bollywood” z nazwą miasta), ale stojąca obok zawodniczka podpowiedziała mi teatralnym szeptem prawidłową odpowiedź. I tak oto wygrałem dwa zaproszenia na film, które mogę wymienić na dwa bilety na dowolny seans. :)

Zupa

Zaczynam się martwić o swój wygląd… Dzisiaj od samego rana miałam ochotę na zupę pomidorową, nie taką z paczki, albo bufetu. Prawdziwą, domową. Jestem kobietą, która całkiem dobrze gotuje (chociaż Hum cały czas upiera się przy tym, że mogłabym używać mniej pieprzu i zrezygnować ze szpinaku), więc postanowiłam sprawić sobie odrobinę przyjemności i udałam się na zakupy. Nic wielkiego: warzywa, trochę kurczaka, przyprawy – prosta sprawa. Nagle uświadomiłam sobie, że brakuje mi marchewki, takiej małej. Zatrzymałam się przy jednym straganie i z uwagą szukałam najmniejszej. W końcu znalazłam marchewkę-bobaska. Dumna podchodzę do ekspedientki i podaję znalezisko do zważenia. Pani popatrzyła na mnie badawczym wzrokiem i zatroskana zapytała: To wszystko? Ja odparłam, że tak. Ona uśmiechnęła się i powiedziała, że nie muszę płacić.

Hum uważa, że ze względu na moją czapkę pani pomyślała, że jestem bezdomna. Ja po prostu uwierzyłam, że cuda sie zdarzają. A zupa była przepyszna. :)

P. S. Johnny Depp oczywiście Oscara nie dostał. Na znak protestu nie skomentuję ten haniebnej decyzji Akademii ;)

PS Kocham Cię

Walentynki obrodziły w tym roku obficie – przynajmniej jeśli chodzi o premiery kinowe. Zaczęło się dość wcześnie, bo już 18 stycznia. Wtedy na ekrany weszła produkcja Disneya “Zaczarowana”. Sympatyczna opowieść o łamiącej stereotyp bezmózgiej księżniczki, oparta na ciekawym pomyśle połączenia dwóch światów: bajkowego i realnego. Akcja rozgrywa się w Nowym Yorku, filmowego amanta gra Patrick Dempsey (znany w Polsce głównie z serialu “Chirurdzy”), księżniczka Giselle (grana przez Amy Adams, nominowaną za tę rolę do Złotego Globu) ma suknie ślubną wielkości M1, fabuła jest lekka, łatwa i przyjemna, a całość tworzy potrawę całkiem smaczną. Nie mamy może do czynienia z smażonym na złoto łososiem, ale do najlepszej na świecie bitej śmietany z Białegostoku spokojnie można ten film porównać. Może i jest przewidywalny, ale nawet jego nieskomplikowana fabuła zapewnia 107 minut dobrej rozrywki, po której widz nie czuje zażenowania i z uśmiecham na ustach wychodzi z sali.

Kolejnym filmem, który – obserwując kolejki do kas biletowych – stał się walentynkowym przebojem, jest polska produkcja “Lejdis”. Przyznam się, że nie byłam zachwycona pomysłem nakręcenia babskiej wersji “Testosteronu”. Jakoś trudno było mi sobie wyobrazić 5 kobiet siedzących przy winie i narzekających na facetów. Zwiastun tylko potwierdził moje obawy. Aż tutaj nagle niespodzianka. Poszłam do kina i przez dwie godziny oglądałam bardzo interesujący obraz współczesnej kobiety. Oczywiście, dla większości widzów jest to przede wszystkim kopalnia dobrych dowcipów (mój ulubiony dotyczy Maseraka), dobra gra aktorska (zapewne nie bez znaczenia jest to, że w końcu kobiety miały co zagrać, a ich obecność na ekranie nie ograniczała się do falowania biustem, odrywania roli materaca, noszenia markowych ciuchów i przegryzania marchewki w międzyczasie). Dla mnie to udana żonglerka stereotypami, a także dowód na to, że nie wszystkie filmowe niewiasty muszą cierpieć na syndrom Magdy M. (i mieć dylematy typu: wybaczyć Piotrowi jutro czy w przyszłym tygodniu). Chociaż przyznam się szczerze, że jeśli bohaterki “Mody na sukces” nosiłyby ubrania Korby, jednej z bohaterek, byłabym skłonna uznać, że serial ten zasługuje na Oscara ;)

Ostatnim filmem z fali walentynkowej, który zobaczyłam, było “PS Kocham Cię”. I tak sobie myślę, że można ten obraz porównać do najsmaczniejszej potrawy, jakiej miałam okazję spróbować w tym roku, czyli do potrawki tureckiej zrobionej przez tatę Huma. Niby składniki wszystkim dobrze znane – miłość, dobry humor, znani aktorzy (Hilary Swank, Dean Winters, Lisa Kudrow, Kathy Bates), przyjemna muzyka, ciekawa historia – ale sposób połączenia tych elementów, sprawia, że mamy wrażenie obcowania z dziełem sztuki. Okazuje, że sekret tkwi w ogórkach kiszonych, a dokładnie w proporcjach. Można by nakręcić strasznie smutny film o żałobie, o utraconej miłości, w którym wdowa z rozpaczy zamyka się w domu i tylko wspomnienia trzymają ją przy życiu. Gdyby dodać do tego wątek o uzależnieniu od alkoholu i narkotyków, to film zapewne dostałby wszystkie możliwe nagrody na polskich festiwalach i zyskał status arcydzieła. Film Richarda LaGravenese jest wyjątkowy właśnie dlatego, że temat żałoby potraktowany jest naturalnie. Oczywiste jest to, że każda śmierć jest tragedią, że trudno ułożyć sobie życie na nowo, ale żałoba kiedyś się kończy. I to jest właśnie film o pożegnaniu, które jest początkiem nowego życia. Strasznie banalnie to zabrzmiało, ale (na całe szczęście) to nie ja pisałam scenariusz tego filmu i jest on wolny od nieznośnego moralizatorstwa, banałów i taniego romantyzmu. A jego największą siłą jest fakt, że każdy widz odbierze go na swój sposób. Ja płakałam chyba z 5 razy. Kto da więcej? ;)

I na tym kończy się mój przegląd walentynkowego kina. Już niedługo nowy film z Johnnym Deppem – mam nadzieję, że już od niedzieli laureatem Oscara. Póki co, wracam zaś do świata baroku. ;)

Kopciuszek…

Ku mojej wielkiej radości sesja zakończyła się w tym roku wyjątkowo szybko. Ostatnie dni spędzam więc na spaniu, czytaniu nieobowiązkowych książek, przeglądaniu listów Działyńskich i oglądaniu filmów z moimi Współlokatorkami. Wczoraj zrobiłyśmy sobie wieczór z bajkami: na dobry początek “Kopciuszek” Disneya, a potem “Kacze opowieści” (ta kreskówka mnie nie pociąga, więc oglądały ją dziewczęta, a ja poszłam spać ;) ).

Bajka o Kopciuszku wstrząsnęła mną dogłębnie. Zburzyła moją idealną wizję świata. Otóż okazuje się, że moja idolka, mój wzór do naśladowania okazała się być bezmózgim potworem. Odkryłam, że Andersen, Disney, bracia Grimm i cała reszta bajkowej bandy stworzyli spisek, aby przedstawić nam, kobietom, taką oto wizję świata:

- kobieta dobra jest ładna. Bo czy widział ktoś brzydką księżniczkę? Dlaczego siostry Kopciuszka były złe? Odpowiedź jest prosta – bo miały okropne nosy, krzywe nogi, oczy jak piłeczki od tenisa i ciemne włosy. Księżniczki są blondynkami o idealnej fryzurze (nawet jeśli przez cały dzień pracują), ładnych rączkach (i nie muszą malować paznokci – one mają francuski manicure w genach), jędrnej skórze (nie ma mowy o cellulicie), miłym głosie (czy ktoś słyszał fałszującą księżniczkę?), idealnym biuście (nie za duży, nie za mały) i malutkich stópkach (a nie jak moje 39). No i oczywiście nie mają pryszczy, zaskórniaków czy napięcia przedmiesiączkowego. One są piękne. Jaki z tego wniosek? Jeśli chcesz być kochana, musisz być piękna.
- kobieta piękna nie ma nic do powiedzenia. Bo czy księżniczka ma mieć coś w mózgu? Nie, ona ma być dobra (czyli piękna) i piękna (czyli dobra). One nie wygłaszają swoich poglądów. Nie mają dylematów moralnych, nie piszą magisterki o nagrobkach i nie kibicują Manchesterowi United. W głowie im nie postanie wątpliwość, czy książę, to na pewno ten jedyny i nie zastanowią się, czy chcą mieć dzieci. One mają misję – chcą zbawić świat. A ich główna kwestia brzmi : aby na świecie był pokój. :)
- od pomocy domowych są zwierzęta. Każda szanująca się księżniczka ma całą gwardię domowych zwierzątek: myszy, ptaszki, rybki, kotki, pieski, krasnoludki (ok, to nie zwierzęta, ale gdzieś trzeba ich umieścić ;) ). To one sprzątają, gotują, prasują, ratują ją z opresji, są jej przyjaciółmi. Pewnie nieoficjalnie są też jej stylistami, fryzjerami, masażystami i trenerami.
- książę z bajki to kretyn. Tak – zwykle nie ma nic do powiedzenia, zamiast wejść do zamku przez drzwi, wspina się po wieży, jest metroseksualny i ma lepszą figurę niż ja. A na dodatek ma w głowie tylko jedno. Dlaczego królewicz wybrał Kopciuszka? Bo miała doktorat? Bo prowadziła sierociniec? Bo wygrała olimpiadę? NIE – po prostu miała najładniejszą sukienkę na balu. Co zrobił książę, który uratował Śpiącą Królewnę? Zapytał ją o imię? Poprosił o numer telefonu? NIE. Zobaczył pół-denatkę i pierwsze co zrobił, to zabrał się do całowania. Tacy są mężczyźni.

Jestem przerażona tym, co odkryłam. Chyba z wrażenia pójdę do kuchni napić się wody. Trudno, przechodzę na dietę, bo czy księżniczka może nosić rozmiar 38? ;)

Czas na relaks…

Niedługo sesja – czyściec każdego studenta, czas pokuty za grzechy lenistwa, pychy… Sąd ostateczny. Jeśli czujecie się zmęczeni i marzycie o chwili relaksu – zapraszam Was do zapoznania się z płytą “Live” nagraną przez trio składające się z Leszka Możdżera, Larsa Danielssona, Zohara Fresco. Na to dwupłytowe wydawnictwo składa się płyta CD z koncertem nagranym w Fabryce Trzciny, a także płyta DVD z koncertami, które odbyły się we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych i w Filharmonii Gdańskiej.

Dlaczego warto posłuchać tych płyt? Zostawmy to, co pisze się o Możdżerze, że tworzy inteligentny i przystępny jazz, że pracuje z najlepszymi muzykami (w końcu nazwiska Danielsson, Fresco, czy Jopek mówią same za siebie), a poza tym jest po prostu bardzo przystojnym i charyzmatycznym facetem. To wszystko nie ma znaczenia, tym bardziej, że słuchanie Możdżera to pewien snobizm (pewnie dlatego, że nijak nie można go porównać do Rubika ;) ). Zapomnijmy o tym wszystkim i skupmy się na muzyce, a ta warta jest uwagi…

W tej płycie (a raczej płytach) najpiękniejsza jest świeżość, lekkość i mądrość. Tak, właśnie mądrość. Improwizacje są lekkie i dobrze zagrane. Każdy dźwięk jest istotny. Można zamknąć oczy i zatopić się w dźwiękach całego świata – bo usłyszymy tutaj brzmienia Afryki, orientalizm Azji, amerykański jazz, europejską klasykę, a także fantazję Słowian. Kompozycje są bezpretensjonalne, muzycy tworzą paczkę dobrych przyjaciół, dzięki czemu żaden z instrumentów nie dominuje – wręcz przeciwnie, wszytko tutaj jest na swoim miejscu, jak w dobrze skomponowanym deserze. Nie ma przepychu, nadęcia, udziwnień, nikt nas nie katuje przekombinowanymi solówkami. Panuje przyjemny i błogi spokój. Ja zaś najbardziej cenię ostatni utwór o swojsko brzmiącym tytule ” Smells like teen spirit”. Tak, Nirvana bez słów brzmi równie magicznie…

Nie sądziłam, że jestem w stanie napisać tak pozytywną recenzję. Obiecuję, że to ostatni raz ;) Póki co wracam do pracy i Możdżera, może w ten sposób uda się oddalić Dzień Ostateczny ;)

Savoir-vivre

Jest kilka rzeczy, których nie wypada robić w towarzystwie czy w restauracji. Puszczanie bąków, bekanie, rozsiewanie przykrych zapachów z powodu nieumycia ciała bądź zębów… i wiele innych oczywiście. Wypada jednak palić, chociaż skutek tego, pomijając zdrowotny, jest mniej więcej taki, jak gdyby palacz wypiął na drugiego człowieka (i wszystkich dookoła jednocześnie) zadek i, za przeproszeniem, pierdział im przez dziesięć minut prosto w nos. Mało tego, by symulować skutki palenia w towarzystwie, należałoby też zebrać od zgromadzonych ubrania, usiąść na nich i pierdzieć w nie przez następnych minut kilkanaście czy kilkadziesiąt. Byłoby to tak wielkie chamstwo, że trudno sobie w ogóle wyobrazić tak absurdalną sytuację. Gdy przychodzi jednak do palenia, okazuje się, że dym papierosowy śmierdzi chyba jakoś inaczej. Jego smród jest w tajemniczy sposób uprzywilejowany, nie przynosi wstydu i towarzyskiego ostracyzmu. Szkoda.

Powyższe nie jest oczywiście niczym odkrywczym. Jeśli jednak zapalisz w moim towarzystwie, to możesz się domyślać, co o tym (nie mylić z “o Tobie”) myślę.

Ogłoszenie

Drodzy Czytelnicy

Zwracam się do Was z uprzejmą prośbą o zamontowanie na Waszych przepięknych buziach promiennego uśmiechu. Chcę widzieć radość na twarzach osób, które mijam na ulicy. Podziwiać dołeczki, ząbki, promienne oczy. Słyszeć radosne dźwięki, ludzi śpiewających piosenki. Ludzie – radujcie się :D

Zdaję sobie sprawę z tego, że apel ten może brzmieć jak słowa szaleńca, który potrzebuje natychmiastowej hospitalizacji. Rozumiem, że postulowane przeze mnie działania mogą spotkać się z niezrozumieniem społeczeństwa. Ale Gombrowicz też  nie wzbudza ogólnej aprobaty, a jest najlepszym polskim pisarzem (Hum, nie czas na polemiki ;) ). Nauczymy Polaków uśmiechu – uda się nam.

Ja wykonałam dzisiaj pierwszy krok w tym kierunku. Przemierzałam Poznań z promiennym uśmiechem, bujałam się w rytm muzyki stojąc przed przejściem dla
pieszych, nuciłam piosenki i byłam mila dla przechodniów. I choć uśmiechy mijających mnie osób pełne były obaw o mój stan psychiczny, to możliwość oglądania na poznańskich ulicach zadowolonych  twarzy jest bezcenna. ;)

Dlatego bardzo Was proszę o jeden uśmiech dziennie. Chyba na tyle możecie sobie pozwolić? :)

Z poważaniem

Tum

P.S. Czy Wy też czujecie nadchodzącą wiosnę? ;)

Jeszcze o inteligentach i kulturze masowej

Mówiąc krótko: ważniejsze niż to, co inteligent czyta (ogląda, słucha itd.), jest świadomość, z jaką to robi. Gdyby mojej “starej” przyszło do głowy poklaskać u Rubika (na szczęście nie miewa takich pomysłów ;) ), nie uznałbym jej za idiotkę – ona doskonale wie, że to nie jest Haendel, a po koncercie wróciłaby do słuchania swoich (przepięknych!) rosyjskich romansów. Jeśli mam czasem ochotę na humor w typie American Pie, to nie znaczy, że zapominam o liryzmie, subtelności i niepowtarzalnym uroku Kabaretu Starszych Panów, których uwielbiam. Nie to odróżnia prawdziwego smakosza od krowy, że nie trawi celulozy, lecz to, że odróżnia trawę od szpinaku.

Rzecz jasna można kultury masowej po prostu nie lubić i dlatego jej unikać, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że daleko częściej spotyka się pozę, która każe odrzucić wszystko, co nie jest “klasyczne” i “wysokie”. Do niczego nie trzeba się zmuszać, trudno jednak nie zauważyć, że kultura masowa i wysoka przenikają się nawzajem i trudno w pełni czerpać z jednej, nie mając pojęcia o drugiej. Jeśli inteligent już coś powinien (i jeśli ja mogę się na temat powinności inteligenta wypowiadać), to orientować się w rzeczywistości, która go otacza i starać się ją rozumieć, a nie odgradzać się od niej szczelnym murem. Diabeł zaś tkwi… w proporcjach.

PS Nie zgadzam się tylko z często powtarzanym sloganem, że wszystko trzeba przeczytać, przesłuchać i obejrzeć od początku do końca, by móc stwierdzić, że jest to kiepskie. Tak jakby ocenianie Harlequina po okładce było wielką głupotą.

Inteligent a Bollywood?

Na dobry nastrój dobra jest zupa z bobra, a jeszcze lepsza jest zupa z wieprza – tak zwykła mawiać bliska mi osoba. Niestety, polowanie na mojego wieprza nadal trwa, a ja, zmuszona do podjęcia radykalnych kroków, postanowiłam sprzedać mój zły humor – całkiem tanio. Niestety, zjawił się tylko jeden nabywca (na dodatek niewypłacalny), więc jako kobieta pracująca poszłam po rozum do głowy i zwołałam w pokoju współlokatorek sabat czarownic. Cel – słodka chwila zapomnienia. Wykorzystane zaklęcie: Kabhi Alvida naa Kehna. Dobry nastój – przywrócony.

Tak, przyznam się bez bicia – lubię filmy z Bollywood. Ba, powiem więcej, cenię je. Cenię za szczerość, pasję, prawdę i naiwność. Doceniam to, że znam zakończenie, zanim minie 15 minut filmu. Nie przeszkadza mi przerysowana gra aktorów, banalne dialogi. Dlaczego? Hum powiedział kiedyś, że filmy z Bollywood są dziwne, gdyż pomimo tego, że opowiadają banalne historie, pojawiają się w nich sceny, na które niejeden hollywoodzki reżyser nigdy by się nie odważył w błahej z pozoru historii. Nie kończą się klasycznym “żyli długo i szczęśliwie”, ale przekonują widza, że nie ma szczęścia i spełnionej miłości, jeśli zostały zbudowane na czyjejś krzywdzie.

Banalne to, przewidywalne… i tanie. Ale jestem kobietą i będę bronić swojego prawa do Mody na Sukces, Bollywood i kilogramów lodów orzechowych zjadanych w ciągu jednej nocy…

Dziś na zajęciach z historii ustroju usłyszałam, że postępowanie, zainteresowania i styl życia inteligenta powinny różnić się od modelu prezentowanego przez większość społeczeństwa. Czy to oznacza, że mam przestać czytać plotki, oglądać komercyjne filmy i śpiewać w samochodzie kiepskie piosenki, których słowa przyprawiają mnie o mdłości? Czy inteligent to koniecznie człowiek poważny, zdystansowany i negatywnie nastawiony do kultury masowej? Jeśli tak, to ja wracam do lodów orzechowych i z cynicznym uśmiechem patrzę na wzorcowych inteligentów, którzy nie wiedzą jak wspaniałym polem do badań jest kultura masowa…

Kolejny pierwszy raz

Będąc w związku, wiele rzeczy robi się po raz pierwszy razem. Dziś po raz pierwszy piszemy wspólnie notkę na naszym blogu. Większość (bądź wszyscy) z Was wiedzą, kim jesteśmy, pozostali mogą przeczytać kilka słów na nasz temat w zakładce “o nas”. Witamy serdecznie i mamy nadzieję, że z naszej przyszłej pisaniny wyniknie coś dobrego. :)